Marta Piskorek – FOTOGRAFIA
  • Realizacje
  • O mnie
  • Oferta
  • Publikacje
  • Kontakt

New York 11.09.2001

New York 11.09.2001

Mija 25 lat od ataków na WTC… Cały Świat się wtedy zatrzymał… 

 

Ciarki po dziś dzień…

Wychodzimy z podziemnej stacji metra na Time Square, które mimo północy jest pełne ludzi i samochodów, dookoła krzyczą do nas ogromne telebimy z reklamami. Wydaje się, jakby to były godziny szczytu w dzień, a nie środek nocy. Marzymy by jak najszybciej znaleźć hotel i paść na łóżko. Mamy tylko dwa dni na zobaczenie Nowego Jorku i chcemy zacząć jak najwcześniej! Znajomi zostali w Connecticut, a ja uprosiłam Beniego, mojego Chłopaka byśmy zobaczyli Nowy Jork, jesteśmy przecież tak blisko! Dopiero około 3 nad ranem pieszo z plecakami, udaje nam się znaleźć tani hotelik gdzieś na środkowym Manhattanie i bez prysznica padamy zmęczeni na łóżko.

Rano budzą nas natarczywe odgłosy karetek na sygnale. “Jak oni mogą żyć w tym mieście?!” -zastanawiam się podchodząc do okna. “Nowy Jork słynie z tego, że to miasto nigdy nie śpi, ale za dnia nie dają im żyć karetki! Szaleństwo jakieś!” Patrzę w okna biurowca naprzeciwko, zapalone światła, niby pracują, ale każde biurko puste… Okazuje się, że jest już 11! -zaspaliśmy!! Pędem więc zbieramy się z hotelu na miasto. Płacimy za kolejna noc, a Gostek na recepcji ledwo odrywa się od TV. Szukamy najbliższej stacji metra, a tam tłum ludzi! Znów myślę sobie, jak oni dają rade w tym mieście, non stop masa ludzi! Pytamy jak dostać się do WorldTradeCentre, chcemy zacząć zwiedzanie od miejsca, z którego zobaczymy całe miasto – czyli na taras widokowy na 110 piętrze jednej z wież! Jakiś Pan, w dziwnie zakurzonym garniturze tłumaczy nam, że nie ma szans… Mój angielski wtedy nie był najlepszy i jedyne co zrozumiałam, to że spadł samolot na jedną z wież! Wcale się nie przeraziłam, wręcz przeciwnie, obudził się we mnie reporterski zew i pomyślałam, że oto mam szansę zrobić prawdziwy fotoreportaż!

W te pędy, pieszo ruszyliśmy w stronę dolnego Manhattanu. Już wtedy interesowałam się fotografią, miałam ze sobą analogową lustrzankę – canon’a 300tkę i dwie czarno-białe klisze, targałam ze sobą nawet statyw! Nooo Beny nosił 😉 Nic nie wiedzieliśmy jeszcze wtedy o zamachach, ale powoli w miarę jak mijaliśmy kolejne ulice Manhattanu, ukazywała nam się rzeczywistość tego dnia…  Nocą mnóstwo samochodów na ulicach, teraz puste, a ich środkiem błądzący ludzie. Co jakiś tylko czas skupiali się wokół jakiegoś samochodu, słuchając wiadomości. Pozamykane sklepy, prócz policji i karetek, które mijając nas ciągnęły za sobą szarą smugę kurzu – to ruchu uliczny umarł. Im dalej naszego hotelu tym mniej samochodów, a jeśli już, to zasypane pyłem, za to więcej ludzi którzy nigdzie się nie śpieszyli… W oddali straszyły wiszące nad miastem jak potwór, gigantyczne kłęby czarnego dymu. Wszędzie kartki wzywające do oddawania krwi w szpitalu, wszędzie flaga amerykańska i zdanie “God Bless America”, wszędzie zSZOKowani Ludzie, wielu zasypanych pyłem, w białych maskach na twarzy. Pamiętam grupkę amerykanów, którzy rzucili się na radiowóz, cały zasypany szarym pyłem, z kubkami, butelkami i torebkami niczym urny, by w nich zabrać ten pył ze sobą. Pamiętam spojrzenie zmęczonego strażaka, mijającego mnie na ulicy. Pamiętam walący się jak poziome domino jakiś budynek, gdy udało się nam dojść najbliżej miejsca tragedii…

Dopiero popołudniem, naprawdę dotarło do nas co się stało… Usiedliśmy na ławce wśród ludzi i słuchaliśmy ich opowieści… a gdy wieczorem w hotelu oglądałam wiadomości, mimo wszystkich zdarzeń i obrazów tego dnia, nie mogłam uwierzyć że to się dzieje naprawdę! Nocą udało mi się dodzwonić do Polski. Pamiętam jak podskakiwałam przy budce telefonicznej, by karaluchy nie właziły mi na stopy, tyle ich było i wszędzie biegały szczury… Rodzice nie wiedzieli, że byłam wtedy w Nowym Jorku, więc byli przerażeni podwójnie. Nastraszyli mnie jeszcze bardziej, by uciekać, by znaleźć się jak najdalej tego miejsca… Nie ma się im co dziwić, ale dziś zostałabym tam dłużej… Nasz lot powrotny do Chicago był oczywiście odwołany, udało nam się wrócić pociągiem.
Nigdy nie widziałam w realu’u dwóch wież… Zostały mi w pamięci emocje, obrazy, w albumie zdjęcia wywoływane jeszcze w ciemni i amerykańskie gazety z tych dni…. Ale na pewno dostaliśmy drugą szansę od losu! WDZIĘCZNOŚĆmam…

Jakby mało było przygód, dwa lata później miałam taką trochę powtórkę, istne deja vu… To był mój ostatni dzień praktyki w Konsulacie Generalnym w Nowym Yorku. Zdążyłam zjechać windą na dół, ale już w następnym kursie Nasza Pani Konsul utknęła w windzie. Coś się wtedy podziało i nagle nie było prądu w połowie Kanady i co najmniej w całej wschodniej części Stanów. Wielki blackOUT i w momencie wszystkie mosty zostały zamknięte! Ogromna ilość ludzi, korki, niedziałające telefony, ogólny wszechobecny paraliż – trochę jak wtedy 11 września dwa lata wcześniej. Pamiętam jak z tłumem ludzi,  pieszo, jak jedna fala opuszczaliśmy wyspę jedynym możliwym mostem. Tego dnia miałam dojechać do Connecticut i zacząć pracę jako opiekunka dzieciaków i pomoc domowa u pewnej amerykańskiej rodzinki, by odrobić bilet. Nawet nie mogłam zadzwonić, że nie dojadę. Noc spędziłam u CUDownych Ludzi pracujących w Konsulacie, którzy mnie przygarnęli. Siedzieliśmy długooo przy świecach i winie, rozmawiając i opowiadając sobie swoje życia… 

Nowy York 11wrzesnia2001
Nowy York 11wrzesnia2001
Nowy York 11wrzesnia2001
Nowy York 11wrzesnia2001
Nowy York 11wrzesnia2001
Nowy York 11wrzesnia2001
Nowy York 11wrzesnia2001
Nowy York 11wrzesnia2001
Nowy York 11wrzesnia2001
Nowy York 11wrzesnia2001
Nowy York 11wrzesnia2001
Nowy York 11wrzesnia2001
Nowy York 11wrzesnia2001
Nowy York 11wrzesnia2001
  • Elara by LyraThemes
  • www.martapiskorek.com | Made by 2flyteam.pl
error: www.martapiskorek.com